Czas na zmianę opon!

Wymiana opon

(zdj. Moje Auto)

Jeśli za wcześnie poczuliśmy wiosnę i już w marcu gruntownie umyliśmy samochód, mogliśmy poczuć frustrację nagłymi powrotami zimy. To jednak mało znacząca uciążliwość, którą możemy łatwo i szybko powtórzyć, w porównaniu z przedwczesną decyzją o zmianie opon na letnie. Ja wolę się z nią wstrzymać, no właśnie, do kiedy?

Dziś opony zimowe potraktować można jako standardowe wyposażenie samochodu. Mało który kierowca decyduje się na używanie jednego kompletu, chociaż w ostatnim czasie można zauważyć sygnały o powrocie do opon całorocznych. I to ze strony ich producentów! Jeśli pomyśleć, nie będzie to przysłowiowy strzał w stopę, bo czy przez kilka sezonów zużyjemy dwa komplety, czy przez połowę tego czasu tylko jeden, to na koniec rachunek będzie się zgadzał. Ale to tylko moje gdybanie.

 Różnice temperatur

Zakładam jednak, że idea powrotu do opon całorocznych bierze się z rozwoju technologii, która pozwala dziś na stworzenie uniwersalnych – i przede wszystkim bezpiecznych – konstrukcji. Wszak guma w zależności od temperatury otoczenia zmienia swoje właściwości, co ma duże znaczenie – obok profilu bieżnika  – przy zapewnieniu optymalnej przyczepności do drogi. Problem ten rozwiązano odpowiednimi dodatkami do mieszanki stosowanej w produkcji opon. Dzięki nim „zimówki” nie twardnieją na mrozie, ale gdy zrobi się cieplej przyniosą wręcz odwrotny skutek. Co prawda nie stwardnieją, ale jeszcze bardziej „rozmiękczą” gumę. A to w bardzo szybkim tempie doprowadzi do zużycia się bieżnika (na marginesie polskie przepisy ustalają minimalną wysokość na 1,6 mm, ale specjaliści zalecają w letnich 3, a w zimowych 4 mm).

W którym więc momencie zmienić opony?

Producenci opon ustali taką granicę na 7 stopni Celsjusza, natomiast kilka prawdziwie wiosennych dni nie wyrządzi „zimówkom” krzywdy. Tym bardziej, co też doświadczyliśmy w ostatnich tygodniach, pogoda jest nieobliczalna, potrafi zaskoczyć opadami śniegu i spadkiem temperatury poniżej zera. Jazda w takich warunkach na „letnich” na pewno nie będzie, ani przyjemna dla kierowcy, ani bezpieczna dla nas wszystkich.

Dlatego ja ustalam sobie termin na ich zmianę mniej więcej w połowie kwietnia. Kilka dni wcześniej umawiam wizytę w serwisie, bo to u nich „gorący” okres.

Pośpiech nie jest wskazany

W sumie dlaczego by nie wymienić opon samemu? Tym bardziej, że używam do nich dwóch kompletów felg – stalowych do „zimówek”, ze stopów lekkich do „letnich”. Wystarczy podstawić lewarek, odkręcić kilka śrub etc. Kilka minut roboty, a też jakieś sto złotych zostanie w kieszeni. A jednak wolę ponieść te koszty i zyskać pewność, że zakładane koła są odpowiednio wyważone. I tyle, albo aż tyle.

Zimowy komplet nie ląduje od razu w garażu. Najpierw trafia do porządnego umycia – do czego wykorzystuję szampon do karoserii i płyn do felg. Dołącza do nich… koło zapasowe, które jest przez nas często zapominane. To też dobra okazja do posprzątania wnęki w bagażniku, przejrzenia stanu wspomnianego już lewarka i klucza do odkręcania śrub oraz ciśnienia w piątym kole (posiadacze zestawów naprawczych też powinni zajrzeć do jego zawartości). Obyśmy nie musieli ich używać w sytuacji awaryjnej, ale kilka takich działań prewencyjnych na pewno nie będzie stratą czasu.

Ręczne mycie

(zdj. Moje Auto)

Umyte i wysuszone koła zabezpieczam odpowiednimi preparatami, które nie tyle je zabezpieczą (przecież i tak będą stały w suchym i przewiewnym garażu), co zregenerują po zimie. To tak jakbyśmy posmarowali kremem nawilżającym suche i popękane dłonie.

Konserwacja opony

(zdj. Moje Auto)

W moim przypadku – opony na felgach – zdjęty komplet postawię w pionie, czyli w identycznej pozycji, jak na samochodzie. W przypadku samych opon trzeba je przechowywać w pozycji leżącej, najczęściej położonej jedna na drugiej. Acha, każda moja sztuka schowana zostaje do zwykłego worka foliowego.

Zapakowane opony

(zdj. Moje Auto)

I wiecie co? Moment zmiany kół traktuję jako rozpoczęcie przygotowań do majówki. A ta już za dwa tygodnie!